piątek, 18 lipca 2014

2. Walka o przetrwanie

Całą noc płakałam. Nigdy już więcej nie zobaczę Giny. Nie usłyszę jej głosu, żartów, gderania ani tych długich mozolnych i bezsensownych wykładów o chłopakach czy modzie. Do tego umarła przez jakiegoś wampira. Nie miałam pojęcia jak się zemszczę, ale znajdę na to sposób. Choćbym miała zmienić moje życie w każdym calu. Giny stała się teraz moim priorytetem, a ja nie mogę jej odpuścić była moją przyjaciółką od zawsze. Nie zostawiła mnie nigdy i ja nie mogę teraz tego zostawić.

Podniosłam się z łóżka i poszłam do łazienki się ogarnąć. Wyglądałam jakby mnie z krzyża zdjęli. Miałam dość własnego bezsensownego życia bez matki, która była mi niezbędna teraz. Zostałam sama znowu. Nigdy nie miałam wsparcia, ale to tylko moja wina. Po prostu nie umiem się żalić. Zawsze sobie powtarzałam, że  muszę być silna, a teraz kiedy patrzę w lustro widzę siebie jako młodą bezradną dziewczynę, która nie ma nikogo komu by na niej zależało. Czy jestem komuś potrzebna? Nie.


Kiedy wyglądałam już normalnie stwierdziłam, że jest jeden sposób na minimalne poprawienie humoru. Mianowicie wsiadłam w samochód i ruszyłam w stronę mojej ulubionego sklepu ze słodyczami. W którym kupiłam kilka tabliczek czekolady oraz krówki ciągutki. Po drodze zajechałam jeszcze do kawiarni po kubek gorącej kawy. Później tylko jeszcze wyboista leśna droga i byłam na mojej polanie. Kiedy wyłączyłam silnik. Wysiadłam z auta, podeszłam do bagażnika z którego wyjęłam koc. Ułożyłam go na masce samochodu. Później wróciłam po kawę i słodycze. Wreszcie jestem w moim świecie. Gdzie nie ma żadnych nieproszonych gości. Jestem tylko ja, kawa i słodycze. Przyjeżdżam tutaj odkąd nauczyłam się jeździć rowerem, ale jeszcze mi teraz czegoś brakowało. Po chwili zastanowienia wiedziałam co to jest. Brak mi muzyki. Zeszłam z maski mojego bmw i otworzyłam energicznie drzwi oparłam ręce o siedzenie i nacisnęłam dwa przyciski, a z głośników popłynęła spokojna smutna muzyka. Usiadłam na moim miejscu i patrzyłam się na życie, które tętniło wokół. Otworzyłam pierwsze opakowanie z czekoladą, a po moich policzkach zaczęły spływać łzy. To było nie tylko moje miejsce, ale i Giny. Zaczynałam się poważnie zastanawiać czy kiedyś znajdę drugą taką przyjaciółkę jak ona. Może miała swoje wady, ale mimo tego zawsze stawała za mną murem bez względu na sytuacje. Goniła marzenia czego ja nie potrafiłam. Zawsze żyłam w cieniu ojca i nie chciałam się z niego wychylać. Nie prosiłam się o sławę ona sama do mnie przyszła.

***
Kilka godzin później zbierałam się do odjazdu. Kiedy usłyszałam za sobą szelest w mojej głowie pojawiło się jedno słowo WAMPIR. Uciekaj podpowiadało mi moje ciało,posłuchałam go i po chwili siedziałam w aucie jadąc w stronę domu. Myślałam, że w lesie będę bezpieczna, a jednak nie. Nawet tutaj mnie dopadną. Może po prostu dam się zabić? Nie, nie mogę tego zrobić. Giny by tego nie chciała i ja też tego nie chcę, muszę ją pomścić. Nie zamiaruję tego tak zostawić. Nagle przed samochodem pojawiła się postać. Instynktownie skręciłam, wyminęłam stojące na poboczu drzewo o milimetry. Jednak to nie zwiastowało dla mnie nic dobrego. To monstrum na mnie poluję! Ja, jednak nie jestem w dobrym położeniu do drogi mam jeszcze jakieś kilka kilometrów. Zaczęła się wojna z przestrzenią i tym przerażającym potworem. Po chwili ktoś wskoczył na mój dach, a przed szybą ujrzałam jego twarz. Była piękna. Czy coś tak ślicznego może próbować mnie zabić? A jednak pozory mylą. Zaczęłam wykręcać kierownicą w obu kierunkach. Napastnik po serii zakrętów spadł z mojego samochodu. Moje serce szamotało się w piersi, a strach doprawił mnie o trzęsienie się rąk. Czemu akurat teraz? Boją się, że ich wydam. Przecież ludzie wzięli by mnie za  psychicznie chorą.

Na niebie widać było gwiazdy, a ja pędziłam autem pchnięta od strony bagażnika prosto na drzewo. Mój samochód nie miał teraz szans. Kiedy doszło do zderzenia nie piszczałam po prostu przygotowałam się na ból, który miał nastąpić. Zgrzyt metalu spłoszył ptaki siedzące na drzewach. Po chwili moje ciało wyleciało do przodu, a ręka rozbiła przednią szybę. Później poczułam tylko mocny ból w tylnej części czaszki od uderzenia o zagłówek. Na jakiś czas wszystko mi się rozmyło. Jednak po chwili moje ciało podjęło dalszą walkę. Nie chciałam tak umrzeć nawet nie przeżyłam jeszcze swojego pierwszego razu ani mocnego kaca, a już ocieram się o śmierć. Może jakbym miała zapięty pas to by się tak nie skończyło. Byłabym teraz silniejsza. Jednak po skroni spływała strużka krwi, a ręka obficie krwawiła do tego moja noga ugrzęzła. Pokręciłam głową z nadzieją, że mnie to otrzeźwi. Pomogło troszkę, ale po chwili strach powrócił. Kiedy zobaczyłam tego wampira wpatrującego się we mnie z rozbawieniem. Chciałam krzyczeć, ale głos uwiązł mi w gardle. Miałam dość wszystkiego, ale walczyłam dalej. Pchnęłam drzwi, które otworzył się stawiając prze de mną mały opór. Przekręciłam się na krześle i udało mi się oswobodzić nogę. Przypomniało mi się o scyzoryku, który trzymałam w szufladce. Powoli sięgnęłam w jego kierunku. Nie wiem na co on czekał, ale już dawno mógł mnie zabić. Jednak tego nie zrobił. Pytanie dlaczego? Byłam teraz łatwym celem, a zapach mojej krwi pewnie go przyciągał. Powoli zaczęłam się zsuwać z fotelu. Kiedy spadłam na ziemię, jęknęłam z bólu. Starałam się podnieść, jednak kiedy byłam na czworaka. Zostałam poderwana do góry i rzucona o jakieś dziesięć metrów dalej. Plecami wpadłam na jakieś drzewo, a moja ręka kurczowo trzymała scyzoryk. Podjęłam ponowną próbę podniesienia się na nogi. Drzewo stojące za mną znacznie mi pomogło. Miałam już lekkie zawroty głowy. Spojrzałam z przestrachem na mojego oprawcę i postanowiłam spróbować czegoś innego.

-Czemu mnie po prostu nie zabijesz, krwiopijco?-zapytałam nie rozpoznając mojego głosu, ponieważ w moim gardle panowała susza.
-Wolimy inne określenia. Dziecko piekła, wampir albo po prostu odmieniec Iknes.
-Jak sobie chcesz-udało mi się być obojętną-Odpowiesz mi?-powiedziałam prosząco. No dalej podejmij grę ze swoim posiłkiem!
-Dla ciebie jest inna przyszłość o tym zadecydował mój pan.
-Masz pana?-prychnęłam z niedowierzaniem. On tylko skinął głową-Pomyśl tylko jesteś wampirem, jesteś zadziwiająco szybki, silny i piękny nie musisz się nikogo słuchać.
-Jakbyś go znała mówiłabyś co innego. To najstarszy wampir jaki istniał. Powstał z tornada i jest silniejszy od jakiegokolwiek wampira na świecie.
-To czego od de mnie chcesz?
-Zmienić cię. Z drugiej strony Waldemar chyba się nie obrazi jak się troszkę zabawię-powiedział i ruszył w moją stronę jakby od niechcenia. Teraz to muszę zagrać zachęconą. Przygryzłam dolną wargę i zapanowałam nad łzami. Moje palne zacisnęły się jeszcze mocniej na scyzoryku.
-Jak masz na imię?
-A po co ci to wiedzieć?-zapytał. Przyciągając mnie do siebie i składając na moich ustach ognisty pocałunek. Z niechęcią go odwzajemniłam. Kiedy się oderwał zobaczyłam, że chcę ponowić pytanie, postanowiłam go uprzedzić.
-Sądziłam, że facetów podnieca dźwięk ich imienia kiedy wykorzystują kobiety.
-Maks.

Zrobił krok do tyłu i dokładnie mi się przyjrzał. Po czym rozdarł moją bluzkę. Moja szansa pojawiła się teraz. Nacisnęłam blokadę od ostrza scyzoryka, które po chwili błysnęło w mojej ręce. Po chwili wykonałam idealne nacięcie na jego szyj po jego ciele zaczęła spływać krew. Rzuciłam się do ucieczki. Nie dbałam w tym momencie o kierunek w którym biegnę. Chciałam znaleźć się jak najdalej od tego dziecka piekła jak on to ujął. Niestety po chwili usłyszałam jego gardłowy śmiech tuż nad moim uchem, a po sekundzie jego postać jakby zmaterializowała się prze de mną. Chciałam zahamować, ale on mnie ubiegł. Jego wyprostowana ręka napotkała mój brzuch, a moje ciało mimowolnie zrobiło salto w powietrzu. Upadłam na plecy. Znowu jęknęłam z bólu.

-Długo jeszcze będziesz uciekać?-drwił ze mnie. Teraz przypomniało mi się jak ojciec wysyłał mnie na te wszystkie lekcje sztuk walki.
-Tyle ile będzie trzeba!

Warknęłam i kopnęłam go z całej siły w kroczę. Później wbiłam mu nóż prosto w brzuch i znowu rzuciłam się do ucieczki. Biegłam ile miałam sił, a z każdym krokiem zostawało mi ich coraz mniej. Kiedy poczułam się już w miarę bezpiecznie. Przystanęłam opierając się ręką o drzewo łapiąc łapczywie powietrze. Rozejrzałam się dookoła. Kompletnie nie znam tej części lasu. W ogóle gdzie ja jestem.

-Zaczynasz mi działać na nerwy, suko!
-Oj Maks. Czyżby nie podobała ci się gra wstępna-powiedziałam głosem przesiąkniętym nienawiścią.
-Ashley!-powiedział i złapał mnie za poliki ściskając. Po jego ranach nie było ani śladu-Kochanie ty moje i tak zrobię z tobą co będę chciał.
-Nie!-krzyknęłam i zamachnęłam się prosto na jego rękę. Tym razem okazał się znacznie szybszy od de mnie, a ja leżałam przygwożdżona do ziemi z wygiętym barkiem.
-Mówiłaś coś-przekomarza się ze mną jak jakieś dziecko.
-Jasne. Puść mnie, złotko, bo bez sprawnej mojej prawej ręki nie zaznasz tej samej przyjemności-jadowitość mojego głosu można by wyczuć na kilometr. Nie miałam zamiaru dawać za wygraną.

O dziwo zwolnił uścisk i jednym szarpnięciem przewrócił mnie na plecy. Chłodny mech działa kojąco na mój ból pleców. Moje ciało nie miało już siły. Jednak mój mózg ciągle myślał co jeszcze mogę zrobić. Przypomniało mi się o tym, że jak byłam mała miałam ataki astmy, które z wiekiem mi przeszły. Jednak ja nauczyłam się je symulować, może to zadziała. Chociaż będę miała jakiś czas na ucieczkę. Zaczęłam się dusić z trudem łapiąc powietrze. Maks spojrzał na mnie z przerażeniem.

-Co ci jest?
-Ast-znowu kaszlnęłam-ma.
-O kurde, masz atak, a ja nie mogę cię zmienić, bo teraz bym ci porozrywał gardło. Masz jakiś inhalator?
-W samochodzie-wydyszałam.

Nie było go. Jaki on jest naiwny, a może ja jestem taką dobrą aktorką. Podniosłam się zaciskając zęby aby nie syknąć z bólu. Podniosłam scyzoryk i rzuciłam się ponownie do ucieczki. Zadziwiające ile ciało ludzkie może zrobić aby przetrwać. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogę stać się jedną z nich. Nie będę należeć do ich świata. W pewnym momencie potknęłam się i upadłam, a na plecach poczułam jakby blokadę, która nie pozwalała mi się podnieść. To on przygniatał mnie nogą do ziemi.

-To się zaczyna robić nudne.
-To daj mi żyć. Każdy pójdzie w swoją stronę i nie będzie sprawy-powiedziałam błagalnie.
-Nie-powiedział łapiąc mnie za ramiona po czym oparł mnie o drzewo. Przysunął swoją odrażającą twarz do mojej, a potem wyszeptał-Nie ruszaj się i nie stawiaj oporu.

Wykonałam to, a moje ciało przestało się bronić. Stałam bez ruchu miarowo oddychając. Jego usta przywarły do mojej szyi oblepiając ją pocałunkami. Mój mózg krzyczał walcz, ale ciało nie odpowiadało na żaden impuls. Jakbym była zahipnotyzowana. Przecież nie patrzył mi się w oczy, ale jego szept. To jest to. Jego spokojny i ściszony głos tak na mnie podziałał.



Jak wam się podoba rozdział?
Jak myślicie Ashley uda się wyjść z tego cało?

czwartek, 10 lipca 2014

1. Normalność

Bieganie to jest to co kocham. Każdego dnia rano sport uwalnia mnie od problemów i szarej rzeczywistości. Mogę być sobą, a moje problemy znikają. Wysiłek fizyczny mnie nie odstrasza wręcz przeciwnie przyciąga mnie do siebie jak piękna sukienka na wystawie sklepowej. Jestem zdecydowanie zwykłą szarą myszką w Los Angeles, ale pewnego dnia to się zmieni czuję to. Bicie serca nadawało moim krokom rytm im szybsze tętno tym zwiększałam tempo. Nie zwracałam na nic uwagi po za nawierzchnią, która rozciągała się prze de mną. Nie wierzę, że to już zaraz.... Bal maturalny ile ja na niego czekałam. W sumie to nawet mi się poszczęściło, bo idę na niego z kapitanem drużyny futbolowej. Sama nie wiem jak do tego doszło. Co prawda jestem w drużynie lekko atletycznej i świetnie się uczę. Nie myślałam, że mnie spotka ten zaszczyt. Zawsze sądziłam, że to Giny, która jest cheerleaderką i najpopularniejszą dziewczyną w szkole umówi się z Jasonem, a jednak to mnie wybrał. Nie miałam zamiaru odpuścić. Zatrzymałam się przy jednej z ławek. Wyjęłam słuchawki z uszu, a ręce oparłam o oparcie. Oddychałam głęboko czekając aż moje tętno się uspokoi. Jednak mój spokój przerwał biegnący nieopodal chłopak. Wyglądał tak pięknie. Najchętniej bym go schrupała. Boże zamieniam się w Giny. Włożyłam słuchawki i ruszyłam dalej. W tym momencie nie wiedziałam, że spotkam go jeszcze kiedyś, a los uknuł dla mnie okropną zasadzkę. Jednak moje wspomnienia o nie ziemskim blondynie rozmył wibrujący telefon. Zatrzymałam się i przesunęłam palcem po wyświetlaczu.

-Słucham?-zapytałam.
-Hej Ashley-powiedziała Giny-Co tam robisz? Znowu biegasz?
-Tak. Co chcesz?-zapytałam.
-A muszę coś chcieć?-nienawidziłam jak odpowiadała pytaniem na pytanie.
-A czy dzwoniłabyś do mnie bez powodu?
-Znasz mnie za dobrze, a tak w ogóle  długo będziesz? Bo siedzę w twojej jadalni i czekam na ciebie.
-Gdzie ty jesteś?!-zapytałam i małą się nie zakrztusiłam powietrzem.
-No sądziłam, że razem będziemy się szykować, a skoro obie miałyśmy fryzjerów i kosmetyczki zamówione do domu to stwierdziłam, że razem będzie milej.
-Zaraz będę-powiedziałam.

Jaka ona jest irytująca. Mam jakieś dziesięć minut biegu sprintem do domu. Pięknie. Wrócę zziajana i spocona. No, ale cóż od czego jest ciepła kąpiel. Ruszyłam czym prędzej do domu. Gina mnie kiedyś zabiję tymi swoimi niespodziewanymi wizytami. Właśnie ona i jej zachcianki. No, ale przecież jest córką znanej modelki i menadżera jednej z najlepszych wytwórni muzycznej w Los Angeles. Ja natomiast nie mam mamy, ponieważ zaginęła w tajemniczych okolicznościach. Kiedy tylko chce się czegoś dowiedzieć ojciec zmienia temat albo kończy rozmowę. Michael znowu jest słynnym na całym świecie pisarzem, a ja nigdy nie chciałam być sławna. Chciałabym być normalna. Nawet nie zauważyłam kiedy dobiegłam na miejsce. Do furtki doszłam głęboko oddychając i znowu zobaczyłam chłopaka z parku. Czy on mnie śledzi? Jednak odrzuciłam od siebie tą myśl tak szybko jak się pojawiła. Przecież co by od de mnie chciał taki boski chłopak, on nawet by na mnie nie spojrzał. Weszłam do domu i wyjrzałam przez okno, ale już go nie było. Dziwne. Jak tak szybko zniknął?

-Ashley!-usłyszałam krzyk przyjaciółki. Wywróciłam oczami.
-Czego?-powiedziałam z dezaprobatą.
-Mówi się proszę.
-Przerwałaś mi bieganie i się dziwisz?
-Biegać w tak ważny dzień jakim jest studniówka. Powinnaś była już dawno siedzieć w wannie.
-Giny przestań mi rozkazywać. To tylko studniówka nie wizyta prezydenta-moja przyjaciółka z pewnością miała ochotę mnie uderzyć, ale ten chłopak wyzwolił we mnie takie emocje, a ja nie mogłam ich powstrzymać.
-Coś się stało?-zapytała. Nie chciałam jej opowiadać o porannym zdarzeniu. To wszystko jest bezsensu.
-Nie. Idę do wanny.

Chciałam od niej uciec i od tego całego zgiełku. Miałam ochotę rzucić wszystko i wyjść z domu. Odpocząć, odetchnąć cokolwiek. Miałam dziwne uczucie, że za rogiem czai się niebezpieczeństwo. Chociaż kiedy ja nie miałam takiego odczucia. Towarzyszyło mi ono od zawsze i to przeczucie, że ktoś mnie obserwuje. Jestem dziwna i tyle. Kąpiel mnie otrzeźwiła i zmyła ze mnie nie tylko brud, ale i złe przeczucia o których kompletnie zapomniałam.

***

Kończyłyśmy się szykować. Obie wyglądałyśmy jak z bajki.  Niczym księżniczki w dniu koronacji. 

-Ashley! Wasi partnerzy właśnie przyjechali!-krzyknął mój ojciec z dołu. 
-Już idziemy-odkrzyknęłam-Gotowa?-spojrzałam na Giny, która wyglądała tak pięknie i stwierdziłam, że ja wyglądam o wiele gorzej.
-Tak-powiedziała uśmiechnięta od ucha do ucha,. Zaczęłyśmy schodzić po wielkich schodach tak ja w filmach. W sumie chciałyśmy uzyskać taki efekt.
-Wyglądasz cudnie-powiedział Jason, który był we mnie wpatrzony jak w obrazek. 
-Ładnie wyglądasz-rzucił od nie chcenia Spencer. No nie wierzę ta dziewczyna się tak starała i do tego on jej się podobał, a on zachowuje się jak kompletny dupek. Masakra. Zaraz go uderzę. 
-Córciu mogłabyś pozwolić na chwileczkę?-zapytał niepewnie mój ojciec. 
-Tak. Coś się stało?-zapytałam podążając za nim do kuchni.
-Nie będzie mnie teraz długo, bo mam światowe ternu z książką. Nie wiem kiedy wrócę. Ale najwcześniej za jakieś trzy miesiące. Nie zrób niczego czego ja bym nie zrobił-powiedział podając mi swoją kartę kredytową. 
-Jasne-powiedziałam z radością. Będę mogła robić co chcę. Nie będę musiała wysłuchiwać tych monologów.
-Baw się dobrze i wyglądasz pięknie. Matka byłaby z ciebie dumna.

W moich oczach pojawił się smutek. Kilka lat temu moja matka zaginęła i ślad po niej też. Nikt nie znalazł ciała ani jakiekolwiek śladu. Zapomniałam policjanci to skończone durnie przez których ja wraz z ojcem musiałam chować pustą trumnę. Pewnie, że matka była by ze mnie dumna. Jestem grzeczną, rozważną i obowiązkową dziewczyną, która matka nie marzy o takiej córce. Mam nadzieję, że widzi mnie tam z góry. 

***

Zabawa się już rozkręciła. Każda para miała już pamiątkowe zdjęcia. Cieszyłam się, że przyszłam z Jasonem, ponieważ był świetnym tancerzem i nie odstępował mnie na krok. To było dziwne i kompletnie do niego nie pasowało. W pewnym momencie zobaczyłam, że Gina tańczy z jakimś przystojniakiem, którego nie znałam. W tym samym momencie poczułam na sobie czyjś wzrok. Odwróciłam się i zobaczyłam tego samego chłopaka, który biegał w parku, był pod moim domem, a później rozpłynął się w powietrzu. Tak się na nim skupiłam, że kompletnie zapomniałam o Jasonie. Przestał mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Jednak po chwili wróciłam do rzeczywistości, jednak tylko na jedną małą chwilę, ponieważ po chwili usłyszałam jego aksamitny głos.

-Odbijany-powiedział i porwał mnie z ramion Jasona. Chłopak chciał zaprotestować, ale było już za późno.
-Kim jesteś?-zapytałam.
-A czy to ważne?-odpowiedział pytaniem na pytanie.
-Tak. Chcę wiedzieć kto mnie śledzi.
-Ja cię śledz?-powiedział, a ja po raz pierwszy spojrzałam w jego brązowe oczy, które mnie pochłonęły. Czułam, że nogi po de mną miękną.
-Tak-odpowiedziałam ledwie słyszalnym szeptem.
-Ja cię nie śledzę. To wszechświat ciągnie mnie do ciebie-czyli on darzy mnie sympatią. Czułam, że zaraz eksploduję radością.
-I tak chciałabym poznać twoje imię.
-Jestem Derek. Miło mi cię poznać Ashley.
-Skąd znasz moje imię?-zapytałam lekko zdezorientowana.
-Przecież jesteś córką sławnego pisarza.-w tym momencie muzyka zmieniła się na znacznie wolniejszy kawałek. Derek przyciągnął mnie do siebie i otulił ramionami w których czułam się bezpiecznie.
-Czemu akurat ja?-zapytałam po chwili.
-Nie rozumiem.
-Ty jesteś piękny możesz mieć każdą, a ja taka zwykła, nijaka szara myszka.
-Wcale nie. Jesteś śliczna tylko tego nie zauważasz. Nie masz wysokiego ego jak inne dziewczyny w tej sali. Jesteś po prostu sobą i nie martwisz się opinią innych.

Piosenka się skończyła, a Jason odebrał mnie z ramion Derka. Obejrzałam się aby ujrzeć go jeszcze przez sekundę, ale jego tam nie było. Dziwne. Miałam ochotę wrócić do domu i skakać z radości. Niestety nie mogłam Giny by mnie zaszlachtowała, a po za tym to ostatnia taka impreza w życiu. Po chwili zobaczyłam przyjaciółkę wychodzącą z sali z jakimś mężczyzną. To nie było do niej podobne.

-Jason muszę iść-powiedziałam i ruszyłam za przyjaciółką.

Nie wiedziałam co mnie czeka za zakrętem, ale mimo tego nie dawałam wygrać strachu. Musiałam iść za Giny przecież jej nie zostawię na pastwę losu. Po chwili zobaczyłam ją wychodzącą z nim w alejkę za szkołą. Pobiegłam do drzwi i powoli je otworzyłam. Serce łomotało mi w piersi. Wiedziałam, że zaraz stanie się coś strasznego. Jednak kiedy wyszłam przed budynek nie widziałam ich. Musieli wejść w boczną uliczkę. Poszłam w jej kierunku czym prędzej. Kiedy wyszłam zza rogu. Zobaczyłam Giny, która wyglądała z początku jakby się z nim obściskiwała, lecz potem zobaczyłam jak jej oczy się zamykają, a po szyj spływa strużka krwi. Po chwili jej ciało opadło na ziemię, a mi przed oczami wszystko się rozmyło usłyszałam szept "Idź do domu". W sekundę później znalazłam się dwie przecznicę od mojego domu. Nie wiedziałam jak to się stało. Poszłam prosto w stronę domu chociaż nie miałam wcale na to ochoty. Giny nie żyję. Po moich policzkach zaczęły spływać ogniste łzy. Chciałam krzyczeć, ale głos nie mógł przedrzeć się przez gulę bólu w moim gardle. To wszystko jest takie dziwne, a najgorsze jest to, że wampiry istnieją. Teraz wiem to na pewno.


Przepraszam, że tak długo nic nie dodawałam, ale nie miałam czasu i weny. 
Do następnego :D